A może jakiś rabacik?

... czyli na czym oszczędzają lekarze weterynarii

Pierwsza notka z przytupem bo mi się ulało juz ostatnio...

Co tak drogo? Nie da się taniej? A może jakiś rabacik?
My lekarze weterynarii słyszymy to moi drodzy codziennie kilka co najmniej razy. Wiadomo hajs się musi zgadzać, więc ludzie szukają niczym podczas przetargów: kto zoperuje taniej ropomacicze? A cesarkę u yorczusia kto taniej? Mam 300 czy usłyszę 250?

Ale czy zastanawialiście się na czym oszczędząją lekarze prowadzący dumping cenowy? Jak to jest, że jednemu opłaca się zrobić ten sam zabieg 3x taniej niż u konkurencji? Nie oszukujmy się, prowadzenie zakładu leczniczego dla zwierząt (przychodni, gabinetu, kliniki) jest biznesem takim samym jak każdy inny i nikt nawet osoba z ogromnym powołaniem i zaangażowaniem, do biznesu dokładać nie będzie.

Otóż moi drodzy oszczędza się na tym czego właściciel nie widzi ...
tak więc po kolei:

1. na wykształceniu – tak, dobrze słyszycie (czytacie?). W moim bezpośrednim otoczeniu znam co najmniej 2 osoby, które leczą i operują zwierzęta nie posiadając dyplomu lekarza weterynarii. Zazwyczaj są to technicy weterynaryjni po 2-letnich (rzadko 3-letnich) szkołach. Oczywiście jest to jawne łamanie prawa ale kto niby miałby się tym zająć? Izby lekarsko-weterynaryjne umywają ręce gdyż osoby nie będące lekarzem weterynarii i nie będące tym samym w izbie zrzeszone są poza jurysdykcją izby. Jedynym wyjściem jest zgłoszenie takiej osoby do prokuratury ale do tego trzeba mieć przecież twarde dowody. Dodatkowo pracę takiego technika zazwyczaj podbija swoją pieczątką współpracujący lekarz weterynarii. Tu pewnie ktoś pomyśli, że zaczynam "srać we własne gniazdo" ale jak dla mnie ktoś kto podbija się swoim nazwiskiem pod nieswoją i na dodatkowo nielegalną robotą jest pewną odmianą prostytutki ... nie oszukujmy się po raz drugi, że lekarz robi to za darmo. A są tacy hardcorowcy co użyczają swojej pieczątki i reputacji nie widząc nawet pacjenta! Biorąc pod uwagę, że za każdym razem ryzykujecie taką akcję odebraniem prawa wykonywania zawodu to mam nadzieję drogie doktory, że chociaż bierzecie za to godziwe pieniądze.

Także moi drodzy opiekunowie zwierząt. Sprawdzajcie czy osoba, która was przyjmuje podbija sie pod tym własnym nazwiskiem, czy np. tego dnia "zapomniała pieczątki" lub podbija się taką na której nie ma numeru prawa wykonywania zawodu.

2. na lekach – laikowi może się wydawać, że ma to niewielkie znaczenie ale nie dajcie się zwieść. Dla zobrazowania powiem tak: Czy wyobrażacie sobie, że przechodzicie zabieg usunięcia macicy, jajników i jajowodów a lekarz nie zapisuje wam w ogóle leków przeciwbólowych? Każdy, kto doświadczył zabiegu na własnej jamie brzusznej wie, że nie ma cudowniejszej rzeczy niż opioid podawany dożylnie. A tutaj zonk ... miało być tanio więc tniemy koszty. Leczenia przeciwbólowego nie będzie.
A leki do znieczulenia? No to słuchajcie: sama osobiście byłam świadkiem (jeszcze na studiach) jak lekarz znieczulał pacjenta do zwykłego zabiegu kastracji. Ksylazyna z ketaminą- złoty duecik każdego oszczędzającego. Wszak w porównaniu do leków nowej generacji wychodzą jakieś 10x taniej (ale oczywiście obarczone są o wiele większym ryzykiem powikłań w trakcie znieczulenia wraz ze zgonem włącznie). W trakcie podawania leków lekarz nagle się zorientował (!!!), że pacjent chyba powinien zostać znieczulony nieco inaczej ze względu na problemy kardiologiczne. Wybrnął bardzo zręcznie z tej niemiłej sytuacji a mianowicie podał psu niepełną dawkę leków. Czyli nie dość, że podał złoty duecik zupełnie w tej sytuacji niezalecany (ale tani!) to jeszcze podał go w dawce homeopatycznej licząc na to, że dzięki temu pies nie zatrzyma się na stole. A to, że będzie wył z bólu podczas zabiegu, ruszał się i trzeba będzie 4 dodatkowych osób tylko po to aby takiego pacjenta trzymać podczas zabiegu wykonywanego niemal na żywca ... no tego właściciel nie widzi, więc problemu nie ma.

3. na materiałach – oglądaliście Chirurgów? A może Scrubsów? Każda sala chirurgiczna wypełniona jest zawsze w tych serialach jednakowo zielonymi ludzikami w maskach i czepkach oraz w jednorazowych sterylnych rękawiczkach. Tak powinien wyglądać każdy zabieg chirurgiczny również w weterynarii: jednorazowy fartuch, sterylne rękawiczki, jednorazowe jałowe pole operacyjne (ewentualnie materiałowe, wielorazowe pole wysterylizowane w autoklawie). Narzędzia chirurgiczne wymyte i każdorazowo wysterylizowane w autoklawie. O jednorazowych, jałowych niciach chirurgicznych nie wspomnę. Ale jednorazowe materiały są drogie. Zamieńmy je w takim razie na rękawiczki asekuracyjnie spryskane spirytusem, zabiegi bez pola operacyjnego w fartuchach w których przed chwilą przyjmowało się psa z wysoce zaraźliwą chorobą. Szycie nicią lnianą lub żyłką wędkarską moczącą się w spirytusie. Miało być tanio a właściciel nie widzi więc ponownie problemu nie ma. Znam nawet przypadki ponownego użycia jednorazowej igły i strzykawki. Bez komentarza.

4. na sprzęcie – przyjmowałam kiedyś psią pacjentkę, która trafiła do mnie w ciężkim stanie i nietrafionym leczeniu w innym gabinecie. Nie była to choroba egzotyczna, nie była to wielka filozofia. Suka miała ropomacicze zamknięte (bez widocznego dla opiekuna wypływu ropy z narządów rozrodczych). Lekarz w poprzednim gabinecie nie miał aparatu usg więc nie miał szans zdiagnozować choroby w 100%. Podał kolejny złoty standard czyli antybiotyk (najlepiej biały, działający 2 dni), steryd (o sterydowych królewnach i królewiczach będzie notka innym razem) oraz witaminy. Zastosowane leczenie nie miało prawa zadziałać więc tym sposobem pies trafił do mnie.
Nowy aparat usg, taki na potrzeby gabinetu weterynaryjnego to koszt ok 100 tyś zł. Jeżeli na pokładzie mamy kardiologa, który potrafi zrobić echo serca to dochodzi nam koszt dodatkowej sondy ok 20 tyś. Aparat do bezpośredniej rentgenodiagnostyki to koszt kolejnych 100 tys zł. Maszyny do badań krwi sa nieco tańsze ale też trzeba liczyć kilkadziesiąt tysięcy złotych. W gabinecie gdzie do dyspozycji sa te wszystkie sprzęty siłą rzeczy będzie drożej niż w gabinecie, w którym diagnostyka pacjenta opiera się o wróżenie z fusów lub czytanie z kryształowej kuli.

5. na wiedzy i umiejętnościach – zawód lekarza weterynarii wymaga ciągłego doszkalania się. Każdy kto chce być na bieżąco z nowymi metodami leczenia oraz z aktualnym stanem wiedzy odbywa co najmniej 3 szkolenia w ciągu roku (jest to ilość minimalna ale są tacy co szkolą się każdego miesiąca). Koszt konferencji teoretycznej to ok 1000 zł wraz z dojazdem i średniej jakości noclegiem. Jak ktoś chce mieszkać w Hiltonie to trzeba parę stówek dorzucić. Warsztaty praktyczne to koszty liczone w sumach cztero lub pięciocyfrowych. Wiadomo, że wolałabym pojechać na Malediwy popijać drineczka z palemką ale jestem odpowiedzialnym lekarzem mającym świadomość swojej misji więc zamiast drineczka popijam kroplę beskidu w przerwie między wykładami. Szkolenia NIE są obowiązkowe dzięki temu mamy w Polsce spore grono lekarzy, którzy ostatnią wiedzę chłonęli na wykładach podczas studiów. Nie jest źle jak studia kończyli 5 lat temu ale co jeżeli to było 30 lat temu?

Punkty wymienione przeze mnie powyżej to tylko kilka z wielu rzeczy. Rozumiem, że w czasach masła za 8 zł każdy oszczędza jak potrafi jednak warto pamiętać, że żaden biznesmen nie będzie oszczędzał na usłudze jak może zaoszczędzić na materiałach. Tak jak tani deweloper wybuduje dom przy użyciu materiałów gorszej jakości aby zysk dla niego był odpowiedni tak samo lekarz, który jest zauważalnie tańszy od konkurencji nie będzie oszczędzał na własnym zysku a na tym co bezpośrednio przekłada się na bezpieczeństwo życia i zdrowia waszych czworonogów.